Busczanie na międzynarodowym amatorskim rajdzie

0

Marcin Suchoń, Marcin Czapla, Mariusz Sanecki i Piotr Kostyra -to czterej wspaniali, którzy pokonali trasę międzynarodowego rajdu Budapest -Bamako. Jest to największy, amatorski rajd na świecie, którego trasa liczy bez mała 10 tysięcy kilometrów, a wiedzie przez kilka afrykańskich krajów. Meta rajdu znajdowała się w miejscowości Freetown stolicy Sierra Leone w Afryce Zachodniej. W imprezie udział wzięło około 270 załóg z całego świata, 220 samochodów i 50 motocykli. Jedynymi Polakami w tej grupie byli nasi busczanie: dwóch Marcinów, Mariusz i Piotr.

Z racji tego że wszyscy pochodzimy z Buska -Zdroju, nasz team nazwaliśmy PONIDZIE TEAM, wiadomo, to przecież najpiękniejsza kraina na świecie”opowiadał po powrocie Marcin Suchoń który skontaktował się z naszą Redakcją, by opowiedzieć o tej wspaniałej przygodzie.

Rajd był tym bardziej szczególny, że przyświecał mu charytatywny cel: pomoc dzieciom Afryki. „Każda załoga miała za zadanie przygotować podarki dla małych mieszkańców Czarnego Lądu i rozdawać na trasie rajdu” -wyjaśnia szczytną ideę imprezy pan Marcin.
Kraje, które przemierzyli nasi bohaterowie bardzo różnią się od siebie; tak przyrodniczo, jak i kulturowo. Afryka to nadal nie do końca zbadany teren i niedoświadczeni kierowcy mogą poczuć się tam zagubieni. „Najbardziej  nieprzyjaznym miejscem była chyba Mauretania. Byłem tam po raz drugi i za każdym razem czułem się dość niepewnie” – opowiada Marcin Suchoń. Mauretania to bardzo surowy, saharyjski krajobraz, jedynie 900 km sieci dróg asfaltowych i zaledwie 640 km torów kolejowych. „Dowiedzieliśmy się, że w Mauretanii, co piąty mieszkaniec to niewolnik mimo, iż niewolnictwo zostało zlikwidowane w latach 80 ubiegłego stulecia. Byliśmy zszokowani” – wspomina Marcin

Nasi bohaterowie przemierzyli tereny kilku afrykańskich krajów, zobaczyli tonącą w śmieciach Saharę, ludzi żyjących na granicy ubóstwa, wycofanych i niezbyt przyjaznych. Zobaczyli też dziwaczne auta „samoróbki” wykonane z kilku innych maszyn. „W życiu nie przypuszczałbym, że można takim czymś jeździć. Reasumując, dla nas – osób, które prowadzą wygodne europejskie życie, wylądowanie w tym kraju było szokiem. Jedno jest pewne dwa razy się zastanowię zanim przyjdzie mi do głowy, żeby na coś narzekać w swoim życiu”opowiada nasz rajdowiec.

Jak już napisaliśmy, rajd Budapest – Bamako był imprezą charytatywną. To z pewnością dostarczyło kierowcom pozytywnych emocji. „Do bardziej wzruszających momentów należy zaliczyć moment, gdy jechaliśmy jakąś polną drogą w Senegalu, napotykając co kilka kilometrów małe wioski. W jednej z nich było boisko, po którym biegały dzieci, oczywiście bez piłki. Mieliśmy jeszcze jedną w bagażniku, więc postanowiliśmy ją sprezentować. Uśmiechy na czarnych buźkach były tak piękne i szczere, że aż się na sercu ciepło zrobiło. Kolejnego dnia jechaliśmy tą samą drogą. Była godzina ósma rano, a na wspomnianym boisku już się kotłowało. Mieliśmy tylko nadzieję, że te maluchy choć trochę spały tej  nocy” – opowiada z uśmiechem pan Marcin.

Ciekawym przeżyciem dla busczan był także przejazd przez metę usytuowaną na stadionie narodowym we Freetown w Sierra Leone. „Byliśmy jedyni Polakami na tej imprezie” –opowiadają rajdowcy

Trasa długa i trudna. Z pewnością nie obyło się bez usterek. Kierowcy opowiadają, że największym problemem były kłopoty techniczne. „Po pierwszym offie wykończyliśmy zawieszenie i zrobiliśmy dziurę w baku. Na szczęście udało się to szybko ogarnąć– mówi Marcin Suchoń.

Dużą trudnością było też tempo rajdu. „Niby nic trudnego posiedzieć kilkanaście godzin w aucie, ale po kilkunastu dniach, byliśmy naprawdę zmęczeni. Zdarzało się też tak, jak w Gwinei, gdy do pokonania mieliśmy 450 kilometrów, a pierwsze 160 kilometrów robiliśmy 10 godzin. Oczywiście tego dnia do mety nie dojechaliśmy, nadrabialiśmy dnia kolejnego” – opowiadają uczestnicy rajdu.

Co najbardziej zaskoczyło naszych kierowców na trasie rajdu Budapest – Bamako?

„Zdecydowanie były to różnice kulturowe i mentalne między nami, a mieszkańcami Sierra Leone, z którymi mieliśmy załatwić wysłanie samochodu kontenerem do Polski. Normalnie w Europie cała operacja zajęła by maksymalnie 4 godziny, w Afryce potrzebowali 10 i po tym czasie oznajmili, że jednak nie dadzą rady. Po awanturze usłyszeliśmy znane hasło, które jest wytłumaczeniem na wszystkie afrykańskie problemy ‚This is Africa’” – wspominają rajdowcy.
Finalnie auto zostało dowiezione do portu i dzięki dyrektorowi portu, który był Francuzem samochód bezpiecznie trafił do kontenera.

„To była przygoda naszego życia”podsumowują kierowcy.

Wspomnień wysłuchała

Joanna Strączek

Udostępnij.

Dodaj komentarz

Directory Wizard powered by www.polldirectory.net

Powered by themekiller.com